PWSZ - Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa im. Szymona Szymonowica w Zamościu - bezpłatne studia licencjackie, bezpłatne studia inżynierskie, bezpłatne studia podyplomowe

Szymon Kiecana - PWSZ - Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa im. Szymona Szymonowica w Zamościu

Szymon Kiecana

Szymon Kiecana

 Wychodzę na skocznię i robię swoje

 

Szymon Kiecana, studiujący turystykę i rekreację w PWSZ w Zamościu, zdobył złoty medal w skoku wzwyż podczas Halowych Mistrzostw Polski Seniorów w Lekkiej Atletyce, rozgrywanych 16–17 lutego 2013 r. w Spale. Zawodnik Agrosu Zamość zwyciężył w zawodach pokonując poprzeczkę na wysokości 2,20 m.

 

Młody skoczek jest również mistrzem Polski na otwartym stadionie, a także reprezentował nasz kraj na ostatnich Mistrzostwach Europy w Helsinkach. Poniżej rozmowa z mistrzem wysokiego skakania.

 

Gratuluję zdobycia drugiego już w Twojej karierze seniorskiej mistrzostwa Polski. Powiedz, jak przebiegała rywalizacja i jak oceniasz poziom zawodów w Spale?
 
Ze względu na kontuzje odpadło dwóch czołowych zawodników, którzy najbardziej mogli mi zagrozić, to Piotr Śleboda i Wojciech Tajner. Wyniki w Spale może nie były wygórowane, ale hala ma to do siebie, że wyniki zawsze są troszkę słabsze niż na otwartym stadionie, a to z racji tego, że po dobrym sezonie stadionowym trudno jest tak szybko wprowadzić się w rytm i wysoko skakać. Ja jestem takim typem zawodnika, że albo hala, albo sezon letni. A w tym roku hala to tylko taki mały sprawdzian, żeby zobaczyć, jak forma, w jakim kierunku to wszystko idzie i czy treningi progresują. Sprawdziłem, że jest dobry podkład pod lato.
 
Co robisz nazajutrz po wygranych zawodach?
 
Pomału zaczyna docierać do mnie, że wygrałem. A co robię? Przede wszystkim odpoczywam, bo wtedy wszystkie mięśnie bolą. Dobra książka, laptop, jakaś gra – tak wygląda mój dzień po zawodach.
 
Czy z każdym kolejnym zwycięstwem czujesz się pewniejszy siebie?
 
Na pewno w podświadomości czuję się pewniejszy. Wiem, że mogę wysoko skakać, wiem, że należę do czołówki skoków wzwyż w Polsce. Ja po prostu zawsze wychodzę na skocznię i robię swoje, to, co trenuję, na ile wyjdzie, na tyle jest dobrze.
 
W lipcu ubiegłego roku reprezentowałeś Polskę na Mistrzostwach Europy w Helsinkach. To były największej rangi zawody, w jakich dotychczas brałeś udział. Zająłeś tam wysokie 6. miejsce. Jak wspominasz tamtą imprezę? Jakie emocje towarzyszyły Ci podczas startu?
 
Tam emocje są nieziemskie, cały stadion ludzi, doping jest ogromny, słychać, jak widownia przeżywa wszystko z zawodnikiem. Niesamowite przeżycia, cenne doświadczenie, ogromna trema, bardziej przed widownią niż przed skakaniem, bo ze skakaniem człowiek jest obyty na co dzień, a z dużą publicznością to pierwsze takie zderzenie. Tamte zawody potwierdziły, że konkurencja w Europie jest duża, ale trzeba walczyć i podbijać czołówki światowe, po to się trenuje, żeby osiągnąć taki cel.
 
Czy sądzisz, że Czwartki Lekkoatletyczne to dobra impreza na wyłapanie talentów?
 
To jest bardzo dobra impreza, tylko że w szkołach podstawowych i gimnazjach bardziej jest promowana piłka nożna. Wszyscy grają w piłkę nożną, dlatego trudno jest z selekcją lekkoatletów. Kiedyś spośród dwustu dzieciaków można było kogoś wybrać, a teraz kultura lekkoatletyczna zanika. Dużo szkół rezygnuje z przyjazdów na takie zawody, np. u mnie z Jarosławca już nie ma autokaru, który kiedyś woził nas na Czwartki Lekkoatletyczne i po prostu dzieci nie mają możliwości sprawdzenia się. A rywalizacja jest bardzo fajna. Gdyby u mnie w szkole nie odbywały się wyjazdy na takie Czwartki Lekkoatletyczne, to prawdopodobnie teraz nie skakałbym wzwyż.
 
Nie byłoby sukcesów, gdyby nie codzienna praca. Powiedz więc, jak wygląda Twój standardowy trening w Agrosie Zamość?
 
Trening jest bardzo zróżnicowany, w zależności od okresu. W okresie przygotowawczym do sezonu, tj. od listopada do maja, jest ciężka, żmudna praca z dużymi obciążeniami, katowanie swojego organizmu do granic wytrzymałości. Jeżeli jest to okres startowy, to wtedy, latem, podtrzymuje się to, co wypracowało się zimą. Jest to, można powiedzieć, taki odpoczynek od tej wcześniejszej ciężkiej pracy. A jeżeli mam okres roztrenowania, to już tylko takie drobne ruszanie się.
Ludzie myślą, że skoczek na treningach tylko skacze, tymczasem skakania mam właśnie najmniej. Mam dużo płotków, dużo biegania, siłowni. Trening jest tak ułożony, żeby było w tych nogach z czego się odbić. Musowo cały czas pompować dolne partie mięśni.
 
Czy podczas treningów pokonujesz już rekord życiowy?
 
Podczas treningu nigdy nie skaczę wysoko. Skupiam się na tym, żeby wykonywać ćwiczenia bardzo dobrze technicznie. A kiedy poprzeczka jest wysoko zawieszona, to zaraz człowiek chce to skoczyć i napina się niepotrzebnie. Jeżeli skacze się duże wysokości, to jest duże zmęczenie mięśni, przy jednym skoku na 2,20 idzie około tony obciążenia na nogę odbijającą. Stawy skokowe są wtedy popuchnięte. Do treningu wystarcza 2,10.
 
Co jeszcze, oprócz wysokiego wzrostu, jest ważne w Twojej dyscyplinie?

Gibkość, mocna głowa…
 
Czyli jeśli ktoś robi szpagat, to ma zadatki na skoczka?
 
Nie tyle chodzi o szpagat, ile bardziej o wygięcie bioder do dołu na zejście nad poprzeczką. Po prostu czucie przestrzenne, np. gdy robi się salto w tył, to trzeba wiedzieć, kiedy te nogi wypuścić, żeby nie wylądować na kolanach albo na głowie.
 
W Agrosie od 4 lat trenujesz pod okiem Janusza Stryjewskiego. Co zawdzięczasz swojemu trenerowi?
 
Zawdzięczam mu bardzo dużo. Talent, który we mnie drzemie, i to, co dałem od siebie, to jest tylko 10% sukcesu. Reszta to układanie planów treningowych, dobieranie siły, obciążeń, ćwiczeń, starty w zawodach – to wszystko w głowie trenera. Ja mam się tylko stawić na trening i wykonać plan, który trener przygotował.
 
A jak Ci się współpracuje z trenerem w kadrze narodowej? Jak wygląda taki obóz szkoleniowy reprezentacji Polski?
 
Do kadry trafiłem bardzo szybko, po sześciu miesiącach treningów w klubie. Obozy szkoleniowe są organizowane przez cały rok i zazwyczaj taki jeden obóz trwa około tygodnia. Trener kadrowy współpracuje z trenerami zawodników. Ja jadę tam z własnym planem treningowym od trenera klubowego, a trener kadrowy tylko to koordynuje. Na takiej zasadzie to się odbywa. W tym sezonie jest o tyle dobrze, że mój trener klubowy został włączony do sztabu kadry, więc już wszędzie jeżdżę z nim. Jesteśmy teraz jak papużki nierozłączki (śmiech).
 
Mam wrażenie, że polski sport opiera się na sile talentów, a nie na systemach szkoleniowych… W wielu dyscyplinach brakuje następców. Musi nam się urodzić raz na jakiś czas taki Adam Małysz, Justyna Kowalczyk, Robert Kubica, czy Agnieszka Radwańska, żebyśmy mogli osiągać dobre wyniki w jakiejś dyscyplinie… Geniusz rodzi się, gdzie chce, ale czy nie możemy, tak jak w Chinach, pomóc szkoleniowo w „wygenerowaniu mistrza”?
 
Mogę powiedzieć, jak to wygląda w lekkiej atletyce… Jakaś osoba w danym roku robi wyniki, otrzymuje powołanie do kadry, tam ją szkolą i później nawet jeśli przestaje robić dobre wyniki, to dalej jest w tej kadrze zakorzeniona, a młode rozwojowe osoby nie są brane do kadry, bo kadra jest już jakby wypełniona, miejsca są zajęte. To jest dokładnie tak, jak w szkole. Jeżeli uczeń na początku pokaże się z dobrej strony, to później zazwyczaj dostaje dobre oceny, nawet jeśli nie ma wiedzy. Lepsi uczniowie, którzy wyrobią sobie dobrą opinię, potem mają z górki. Wiadomo, że do sprawdzianów muszą się nauczyć, ale przy odpowiedzi ustnej, kiedy widać ich nieprzygotowanie, nauczyciel i tak ocenia ich pobłażliwiej. Wracając do sportu, trzeba dawać szansę młodym. Jeżeli nie mogą sprawdzić się w kadrze, to może jakaś inna instytucja powinna organizować dla nich obozy podobne do tych reprezentacyjnych, stwarzać im możliwości rozwoju, dawać stypendia, żeby nie brakowało na sprzęt, na odżywki. Należy zadbać o osoby, które rokują sukces w przyszłości.
 
Polskich lekkoatletów, którzy zdobyli medale na ostatniej olimpiadzie w Londynie, nie mogło zabraknąć w Plebiscycie „Przeglądu Sportowego” i Telewizji Polskiej na Najlepszego Sportowca Polski 2012. Kulomiot Tomasz Majewski zajął drugie miejsce, młociarka Anita Włodarczyk była czwarta. Komu Ty przyznałbyś ten zaszczytny tytuł?
 
Oczywiście Tomaszowi Majewskiemu, który ma dwa złote medale z igrzysk olimpijskich. Moim zdaniem jest to człowiek, który ma największe osiągnięcia w sporcie. Dla mnie to najlepszy sportowiec w Polsce. Plebiscyt odbywa się akurat wtedy, gdy na topie jest Justyna Kowalczyk… A gdyby był zaraz po igrzyskach olimpijskich, to pewnie wygrałby Tomek.
 
Ty z kolei byłeś jednym z kandydatów w Plebiscycie „Tygodnika Zamojskiego” na Najlepszego Sportowca Zamojszczyzny. Co chcesz przekazać wszystkim tym, którzy oddali na Ciebie swoje głosy?
 
Dziękuję im za to, że na mnie głosowali i za to, że mi kibicują.  Wsparcie ludzi, którzy doceniają to, co robisz, podnosi na duchu i zwiększa motywację, bo nie chcesz tych ludzi zawieść. Mam nadzieję, że, jeśli tylko zdrowie mi pozwoli, będę walczył na zawodach najwyższej rangi, będę stwarzał minima i będę jeszcze lepszym sportowcem, niż jestem.
 
Jesteś już na drugim roku studiów na turystyce i rekreacji, a więc „nowicjat” masz już za sobą. Jakie wrażenia po pierwszym roku?
 
Atmosfera zależy od ludzi, z którymi się studiuje na roku. U mnie wszystkie grupy mają ze sobą bardzo dobry kontakt, czyli studiuje mi się dobrze. Na uczelnię idę zawsze z chęcią, bo wiem, że spotkam tam fajnych ludzi, będzie na pewno coś ciekawego i fajnie minie dzień. W pierwszym semestrze najbardziej lubiłem zajęcia z fizjologii człowieka u pani dr Ewy Bekier-Jaworskiej, pewnie dlatego, że uprawiam sport i najbardziej mnie to dotyczy. Zresztą w ogóle nie ma turystyce takiego przedmiotu, który by mnie nudził. W skupieniu i z ciekawością słucham tego, co mówią wykładowcy. Nie ma tak, jak w szkole, że już się nie chciało siedzieć i patrzyło się, kiedy dzwonek. Miło wspominam też obóz letnim nad jeziorem Pisz. Rewelacja! Byłem w swoim żywiole. Mogłem popływać kajakiem, nauczyć się pływać na windsurfingu, były też rowery i różne zajęcia na orientację w terenie. Bardzo fajnie przeprowadzone zajęcia przez wykładowców, którzy mają kwalifikacje, umiejętności i duże doświadczenie w organizowaniu takich obozów. Można się aktywnie ruszać pod okiem najlepszych w Polsce, to bardzo cenne.
 
Przypuszczam, że Twój najbliższy i najważniejszy cel sportowy w tym roku to sierpniowe Mistrzostwa Świata w Moskwie. Ile wynosi minimum, które musisz osiągnąć, i kiedy będzie ku temu sposobność?
 
Minimum wynosi 2,31 m, podobnie jak na olimpiadzie. Można je uzyskać od maja na mityngach, które mają rangę mistrzowską międzynarodową, a więc mają dwie „emki” w kalendarzu imprez. Ostatnią imprezą będą Mistrzostwa Polski seniorów w Toruniu, od 19 do 21 lipca. Wolałbym osiągnąć minimum wcześniej, bo przed Moskwą jest jeszcze Uniwersjada, a także Drużynowe Mistrzostwa Europy, na które jadą najlepsi reprezentanci Polski, po jednym z każdej dyscypliny.
 
Jakie jeszcze poprzeczki masz w życiu do pokonania?
 
Skończyć studia, znaleźć żonę, wybudować dom i żyć sobie spokojnie. To takie przyziemne sprawy, ale, biorąc pod uwagę poziom społeczny i zarobki w Polsce, poprzeczka jest zawieszona bardzo wysoko. Trzeba jednak dążyć do tego, trzeba próbować, nie wolno siąść z założonymi rękami i czekać, że może coś się uda. Trzeba walczyć, trzeba być kowalem własnego losu.
 

Rozmawiał Mateusz Sawczuk
„Skafander. Bezpłatna Gazeta Akademicka” 2013, nr 3 (40), s. 11

Menu- PWSZ - Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa im. Szymona Szymonowica w Zamościu



CardeaCreations - webdesign, grafika, strony www, sklepy internetowe

© 2009-2018 Wszelkie prawa zastrzeżone Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa im. Szymona Szymonowica w Zamościu

created by: Cardea Creations